Europa traci farmaceutyczną koronę. Trump i Chiny dobierają się do najcenniejszego europejskiego eksportu

Stuprocentowe cła na leki, chińskie cząsteczki w co trzecim globalnym projekcie i europejski R&D w odwrocie. Stary Kontynent stoi przed najtrudniejszym testem od dekad – i to w branży, którą uważał za swoją domenę.
Przez lata europejski przemysł farmaceutyczny działał jak dobrze naoliwiona maszyna do robienia pieniędzy. Generował ponad 130 miliardów euro nadwyżki handlowej rocznie i dawał Brukseli powód do dumy w każdej statystyce konkurencyjności. Dziś ta maszyna zaczyna zwalniać – przyciśnięta jednocześnie z dwóch stron. Z zachodu napiera Waszyngton ze swoimi cłami i polityką cenową, ze wschodu – Pekin z biotechnologicznym arsenałem, o którym jeszcze pięć lat temu nikt poważnie nie mówił.
Celna broń Trumpa
Kiedy 2 kwietnia Donald Trump podpisywał proklamację wprowadzającą cła do 100 procent na opatentowane leki sprowadzane do Stanów Zjednoczonych, wielu analityków wzruszyło ramionami. I mieli ku temu pewne podstawy – szesnaście największych globalnych koncernów, w tym Pfizer, AstraZeneca i Eli Lilly, zdążyło już wynegocjować z Białym Domem trzyletnie zwolnienia w zamian za obniżki cen i deklaracje inwestycyjne na amerykańskiej ziemi. Europejskie firmy objęte dwustronnymi porozumieniami zapłacą co najwyżej 15 procent. Pełna, stuprocentowa stawka uderzy głównie w podmioty z Singapuru, Indii i Chin, czyli – póki co – rykoszetem, nie frontalnie.
Problem tkwi jednak nie w rachunku celnym na dziś, tylko w sygnale na jutro. Decyzja Trumpa zapadła na podstawie dochodzenia z sekcji 232 – tej samej procedury, którą wcześniej stosowano wobec stali i aluminium. Farmaceutyki oficjalnie stały się kwestią bezpieczeństwa narodowego USA. Biotechnologia weszła do kategorii sektorów strategicznych, bo zarówno Waszyngton, jak i Pekin uznały, że wyścig o AI w odkrywaniu leków to wyścig, którego przegrać nie mogą. Taryfy to nie klasyczna polityka handlowa. To polityka przemysłowa o wymiarze geopolitycznym – jak zauważa niemieckie stowarzyszenie innowacyjnych firm farmaceutycznych vfa.
Chiński pipeline rośnie szybciej niż ktokolwiek przewidywał
A Chiny w tym czasie zrobiły coś, czego Europa najwyraźniej nie zauważyła wystarczająco wcześnie. Dekadę temu chińskie cząsteczki stanowiły 4 procent globalnego pipeline’u farmaceutycznego – w zasadzie margines statystyczny. Według szacunków ING dziś zbliżają się do jednej trzeciej. W samym 2025 roku chińskie firmy biotech podpisały z zagranicznymi partnerami umowy licencyjne o łącznej wartości ponad 135 miliardów dolarów. W 2026 roku średni rozmiar transakcji skoczył o 76 procent, a opłaty wstępne się podwoiły.
Dla Roche, Novartis czy AstraZeneki matematyka jest bezlitosna: kupić wczesną fazę innowacji w Szanghaju jest szybciej i taniej niż latami ciągnąć projekt we własnym laboratorium w Bazylei. Raport PitchBook ze stycznia tego roku stwierdza wprost – przewaga Chin we wczesnej fazie odkrywania leków utrzyma się, „mimo rosnących tarć geopolitycznych”. Wall Street Journal idzie jeszcze dalej, sugerując w niedawnym materiale, że chińska nauka farmaceutyczna „zagraża pozycji Zachodu”.
Europa w podwójnych kleszczach
Europę boli jednak nie tylko to, że Pekin pędzi. Boli ją przede wszystkim to, co dzieje się na jej własnym podwórku. Udział Starego Kontynentu w globalnych wydatkach na farmaceutyczny R&D spadł z niemal 50 procent w 1990 roku do 26 procent dzisiaj. Europa wydaje na leki około 1 procent PKB – Stany Zjednoczone dwa razy tyle, Chiny prawie dwa razy tyle. Europejskie firmy biotech dostają od pięciu do dziesięciu razy mniej kapitału venture niż ich amerykańscy konkurenci. A rynek wewnętrzny? Dwadzieścia siedem różnych środowisk regulacyjnych, fragmentaryczny system refundacji, brak jednego zintegrowanego ekosystemu na wzór bostońskiego hubu.
Do tego dochodzi efekt polityki MFN, do której zmierza Trump – ustalanie ceny leku w USA na poziomie najniższej ceny w porównywalnym kraju. Koncerny stoją teraz przed dylematem: albo opóźniać wprowadzanie nowych leków w Europie, żeby niższa cena europejska nie ściągnęła w dół marży amerykańskiej, albo przyjąć jedną globalną cenę, na którą wielu europejskich płatników po prostu nie będzie stać. Część terapii dostępnych w USA już dziś nie dociera do europejskich pacjentów. Pod rządami MFN ten problem tylko się pogłębi.
Bruksela reaguje, ale czy wystarczająco szybko?
Nie jest tak, że Komisja Europejska śpi. Pod koniec 2025 roku zaproponowała European Biotech Act – pakiet, który ma uprościć regulacje, przyspieszyć badania kliniczne, wprowadzić piaskownice regulacyjne dla AI w odkrywaniu leków i zasypać luki między rynkami narodowymi. Hiszpania wyrosła niespodziewanie na atrakcyjne centrum badań klinicznych. Wielka Brytania podniosła wydatki na refundację leków o jedną czwartą i zmniejszyła obowiązkowy rabat farmaceutyczny z 23 do 15 procent.
Jest i paradoksalny prezent zza oceanu: amerykańskie cięcia budżetowe w National Institutes of Health oraz zaostrzenie polityki wizowej mogą wypchnąć do Europy talenty naukowe szukające stabilności. Europejska Agencja Leków zaczyna działać sprawniej, co przy osłabionej cięciami FDA mogłoby dać Europie nieoczekiwaną przewagę.
Diagnoza jest postawiona, Bruksela się rusza, są kompetencje i tradycja. Problem w tym, że ruszają się też inni – i zdecydowanie szybciej. Jak sam zauważa: coś zaczyna się dziać na poziomie europejskim, ale to rządy krajowe wciąż nie rozumieją, jak pilna jest ta sprawa.
Co to oznacza dla inwestora
Dla rynków przekaz jest czytelny. Europejski sektor healthcare – historycznie defensywny, stabilny, z solidnymi dywidendami – wchodzi w fazę strukturalnej niepewności. Nie chodzi o to, że Novo Nordisk czy Sanofi znikną z giełdy. Chodzi o to, że globalne łańcuchy wartości w farmacji właśnie się przesuwają, a Europa nie jest już ich domyślnym centrum. Kto traktuje europejską farmację jako bezpieczną przystań na każdą pogodę, powinien sprawdzić, czy ta przystań wciąż ma wystarczająco głęboki port.
Źródła: Wall Street Journal, PitchBook, ING
