Szef BIS bije na alarm: bez globalnej koordynacji stablecoiny mogą rozsadzić rynki finansowe

Pablo Hernández de Cos ostrzega w Tokio przed fragmentacją regulacyjną i porównuje największe stablecoiny do funduszy ETF, a nie do pieniądza.
Gdy świat finansów pochłonięty jest eskalacją konfliktu w Cieśninie Hormuz i zbliżającym się wygaśnięciem rozejmu amerykańsko-irańskiego, w Tokio padły słowa, które powinny zainteresować każdego inwestora śledzącego rynek cyfrowych aktywów. Pablo Hernández de Cos, dyrektor generalny Banku Rozrachunków Międzynarodowych, wystąpił dziś na seminarium Banku Japonii z przemówieniem poświęconym stablecoinom. Jego przekaz jest jednoznaczny – bez skoordynowanego, globalnego podejścia regulacyjnego, sektor wart już ponad 320 miliardów dolarów może stać się źródłem poważnego ryzyka systemowego.
Rynek rośnie, regulacje nie nadążają
Stablecoiny, czyli cyfrowe tokeny powiązane najczęściej z kursem dolara amerykańskiego w relacji 1:1, przebyły w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy drogę od niszowego instrumentu kryptowalutowego do narzędzia, które coraz częściej pojawia się w dyskusjach o przyszłości płatności transgranicznych. Kapitalizacja tego segmentu przekroczyła w połowie kwietnia 320 mld dolarów, z czego blisko 85 proc. przypada na dwa podmioty – Tether (USDT, ok. 185 mld USD) i Circle (USDC, ok. 79 mld USD). To skala, której nie można już lekceważyć.
Problem polega na tym, że poszczególne jurysdykcje regulują stablecoiny w zupełnie różnym tempie i na zupełnie różnych zasadach. Stany Zjednoczone przyjęły w lipcu 2025 roku GENIUS Act – pierwszą federalną ustawę tworzącą ramy dla płatniczych stablecoinów. Unia Europejska wdrożyła kompleksowe rozporządzenie MiCA, które w 2026 roku jest już w pełni egzekwowane. Singapur i Abu Zabi mają własne, działające frameworki. Tyle że między tymi systemami nie ma praktycznie żadnej spójności.
„Rozbieżne regulacje to przepis na arbitraż”
Właśnie na ten problem zwrócił dziś uwagę szef BIS. Hernández de Cos ostrzegł wprost, że „rozbieżne ramy regulacyjne dotyczące stablecoinów w poszczególnych jurysdykcjach mogą prowadzić do poważnej fragmentacji rynku lub umożliwić szkodliwy arbitraż regulacyjny”. Mówiąc prościej – emitenci będą przenosić działalność tam, gdzie przepisy są najłagodniejsze, a ryzyko w razie kryzysu i tak trafi do systemu globalnego.
Jego słowa wpisują się w szerszy nurt zaniepokojenia, które narastało w ostatnich tygodniach. Zaledwie pięć dni temu Andrew Bailey, prezes Banku Anglii i jednocześnie przewodniczący Rady Stabilności Finansowej (FSB), przyznał publicznie, że prace nad międzynarodowymi standardami dla stablecoinów zwolniły w ciągu ostatniego roku. FSB ma mandat do koordynowania tych wysiłków, ale efekty jak dotąd pozostają skromne.
Stablecoiny jak ETF-y, nie jak pieniądz
Szczególnie ciekawy jest wątek poruszony przez de Cosa w kontekście natury samych stablecoinów. Szef BIS stwierdził, że zarówno Tether, jak i Circle wykazują cechy, które upodabniają je bardziej do papierów wartościowych niż do pieniądza w tradycyjnym rozumieniu. Chodzi przede wszystkim o tzw. frykcje przy wykupie – mechanizmy, które sprawiają, że kurs stablecoina odchyla się od wartości nominalnej częściej, niż sugerowałaby obietnica parytetu 1:1 do dolara. W efekcie, jak zauważył de Cos, „obecnie funkcjonują one bardziej jak fundusze typu ETF niż jak pieniądz”.
To stwierdzenie ma potencjalnie daleko idące konsekwencje regulacyjne. Jeśli międzynarodowi regulatorzy przyjęliby taką kwalifikację, stablecoiny mogłyby podlegać przepisom dotyczącym rynku kapitałowego, a nie wyłącznie regulacjom płatniczym, co radykalnie zmieniłoby warunki gry dla ich emitentów.
Kwestia oprocentowania i wpływ na banki
Hernández de Cos odniósł się również do jednego z najgorętszych aktualnie tematów w debacie regulacyjnej – czy stablecoiny powinny móc oferować oprocentowanie, podobnie jak tradycyjne depozyty bankowe. Szef BIS zauważył, że jeśli stablecoiny pozostaną nieoprocentowane, odpływ środków z systemu bankowego będzie ograniczony, szczególnie w okresach wysokich stóp procentowych, kiedy koszt alternatywny trzymania tokenów zamiast depozytów jest po prostu zbyt wysoki. Między wierszami dał do zrozumienia, że zakaz wypłacania odsetek od stablecoinów mógłby pełnić rolę naturalnego hamulca dla nadmiernej ekspansji tego rynku.
Warto przypomnieć, że GENIUS Act w obecnym kształcie zabrania emitentom stablecoinów w USA oferowania oprocentowania. Biały Dom opublikował niedawno analizę wskazującą, że ten zakaz działa stabilizująco na sektor kredytów bankowych, zapobiegając odpływowi depozytów do sektora krypto.
Co to oznacza dla rynków?
Wystąpienie szefa BIS wpisuje się w coraz wyraźniejszy trend – globalne instytucje finansowe traktują stablecoiny jako zagadnienie systemowe, a nie jedynie technologiczną ciekawostkę. Dla inwestorów na rynku kryptowalut oznacza to rosnące prawdopodobieństwo zaostrzenia regulacji, szczególnie w zakresie wymogów kapitałowych dla emitentów i zasad wykupu tokenów. Dla rynku walutowego kluczowy pozostaje wątek dolaryzacji – rozpowszechnienie dolarowych stablecoinów w gospodarkach wschodzących może osłabiać lokalne waluty i ograniczać skuteczność polityki monetarnej tamtejszych banków centralnych, na co wskazywał m.in. marcowy raport roboczy samego BIS.
Krótkoterminowo rynki nie zareagowały na tokijskie wystąpienie de Cosa w sposób widoczny – uwagę handlujących absorbowały dziś rano przede wszystkim spadki kontraktów futures na amerykańskie indeksy oraz skok cen ropy po weekendowej eskalacji w Cieśninie Hormuz. Ale długoterminowo kierunek jest jasny. Stablecoiny czeka regulacyjne zacieśnienie, a pytanie brzmi już nie „czy”, lecz „jak szybko i jak głęboko”.
Źródło: BIS, Reuters
